Aktor filmowy, teatralny i serialowy. Absolwent Akademii Teatralnej. Karierę rozpoczął jako dziecko. Od 1999 roku zagrał na wielkim ekranie wiele ról w polskich i zagranicznych produkcjach. Jest także odtwórcą ról dubbingowych. Równolegle występuje na deskach teatrów. Jest pasjonatem podróży. W 2009 roku odbył wyprawę „Siberia Expedition” – 25 000 km w 63 dni przez bezdroża tundry i tajgi. W planach ma podróż dookoła świata Żukami.

 

Drogi Mateuszu, spóźniłeś się dziesięć minut!

O, to jak tak zaczynamy, to zaraz skończymy (śmiech)! Nie mogę odpowiadać za PKP (śmiech)!

Zwróciłem uwagę na czas, bo ten często służy ci do postrzegania świata. „Dajcie czasowi czas”…

To jest fragment mojego ukochanego wiersza Edwarda Stachury. Cytat, który przytoczyłeś, pomaga mi w chwilach kryzysu. Pomaga też ludziom w trudnych sytuacjach, ratuje ich. To jest prosty komunikat: gdy jest bardzo źle, należy „czasowi dać czas”. Życie ludzkie to sinusoida, która składa się ze wzlotów i upadków. Kiedy jest źle, zawsze mam na podorędziu to zdanie. Poezja często pomaga nam w nieoczywisty sposób.

Jesteś mocno uwikłany w ten wyznacznik ludzkiego życia. Nie znosisz próżni.

Pracuję w bardzo dynamicznym zawodzie. Ku rozpaczy mojej żony, kiedy mam wolną chwilę, wypełniam ją sobie jakimś zajęciem. Chcę dać dowód, że pracuję, że się nie lenię.

Jak normalny facet.

Może masz rację. Kiedyś mężczyźni na zapas rąbali drewno albo polowali, żeby później było łatwiej. Robili prowizoryczne lodówki nie dlatego, że chcieli, ale dlatego, że trzeba było.

Nie wierzysz też w przypadki.

Nie bardzo. To jest pochodne pytanie do tego, czy żałuję czegokolwiek w życiu. To jest super skorelowane. Nie wierzę w przypadki i nie żałuję niczego w życiu. Wszystko, co się wydarzyło w moim życiu, było po coś. Przypadek jest „małym” słowem. Los i przeznaczenie, to pojęcia o wiele bardziej wartościowe. To, co nam się wydaje przypadkiem, jest de facto losem. Jest taka piękna piosenka w książce „Kubuś Fatalista i jego Pan”: „Bo zapisane jest tam w górze…”. Oglądałem to przedstawienie jako pięciolatek w Teatrze Dramatycznym, z ojcem i panem Zbigniewem Zapasiewiczem, który czternaście lat później był moim profesorem w Akademii Teatralnej. To nie był przypadek, że byłem na sztuce człowieka, który późnej uczył mnie w szkole. To był los.

Foto: mateuszdamiecki.com

Często przy twoim nazwisku pojawia się słowo „wiara”.

U mnie?!

W wielu wywiadach. Przygotowałem się.

I dobrze (śmiech)!

Jesteś religijnym człowiekiem, jak często przedstawiają cię media?

W sensie encyklopedycznym, to chyba nie. Mam obraną własną drogę i odpowiednich ludzi na niej.

Jak twój przyjaciel franciszkanin.

Tak. Ta filozofia, ta droga, dużo bardziej mi odpowiada niż…

[Mateusz szuka odpowiedniego słowa]

Niż…

Podkreślam, że nie chcę nikogo obrazić – niż czarna sutanna i biała koloratka. Zajęcia katechetyczne w szkole – to nie to.

Ale swoją życiową partnerkę, zabrałeś na wakacje…

Do Asyżu!

Teraz mi brakuje słowa…O – kreatywnie!

Mhm!

Nie każda kobieta byłaby zadowolona z takiej opcji wypoczynku.

Ach, moja Paulina jest żądna przygód! Super kobieta.

Pytałem o wiarę między innymi z tego powodu.

Każdy stosunek do religii, na tak lub nie, jest nadal jakimś stosunkiem do niej. Nie mówimy tu o klerze, nie mówimy o strukturze. O to się bardzo często kłócę z Lechem Dorobczyńskim, moim przyjacielem franciszkaninem. Przyjmuje on swoich „przyjaciół”, bo tak nazywa wiernych, u św. Antoniego z Padwy w Warszawie przy Placu Teatralnym.

Przemawia tam do ludzi, patrzy prosto w oczy. Masz wrażenie, że mówi właśnie do ciebie. Po mszy podaje każdemu rękę. To nie jest kwestia religijności, tylko stosunków międzyludzkich. Relacji między osobami. Nie człowieka z tłumem. Akurat na mojej drodze stanął Lechu i wygrzebał mnie ze stagnacji, kiedy przeżywałem trudne momenty w życiu. Problemy z małżeństwem i tak dalej…

Nie każdy szukałby pomocy u zakonnika.

„Jak trwoga, to do Boga”.

Aktualne dziś słowa?

Każdy, kto wszedł w życiu na minę, nawet jak się wcześniej buntował i zaprzeczał, to potem jest mu głupio.

To nie jest tak, że przychodzę do kumpla zakonnika i większość dnia spędzamy w konfesjonale. Większość tekstów, które się pojawiły i mówiły o tym, że jestem bardzo pobożny, nie były autoryzowane. To były albo przedruki albo artykuły z komentarzami. Pojechałem do Asyżu i się zaczęło. Byłem też w Jerozolimie na pielgrzymce, również dlatego, że interesuje mnie historia. Ale wracając do spraw ważnych: jeśli ktoś jest obrażony na cały ten świat, to proponuję posłuchać biskupa Grzegorza Rysia i poznać ten świat od drugiej strony. Tylko tyle.

Przejdźmy zatem do tematów aktorskich: wczesny start w branży, to dobry pomysł? Szybciej stajesz się „poważnym” aktorem?

Nie, ja cały czas odkrywam te karty. I to nie ma nic wspólnego z tym, jak wcześnie zacząłem. To, że już jako dziecko zacząłem pojawiać się w teatrze czy na planach filmowych mojego ojca sprawiło, że ta bariera wstydu dużo szybciej została przetarta. Nas uczono tego w Akademii Teatralnej: od widzów nie dzieli cię linia rampy świetlnej, ale granica, gdzie oni zostają w ubraniu, a ty musisz się rozebrać. Ja to obserwowałem od dziecka, jak aktorzy robią z siebie kretynów na próbach, jak improwizują i im to nie wychodzi, jak coś udają i się tego wstydzą. Nie rozumiałem wtedy, że obserwuję jeden z najtrudniejszych procesów, dzięki którym dochodzi się do perfekcji w tym zawodzie. Dla mnie to było łatwe, bo byłem obserwatorem.

                                                      

Przechodziłeś przez proces „wody sodowej”?

Nie, nie miałem.

Nie miałeś czy wydaje ci się, że nie miałeś?

Nie miałem – ja to wiem. I żałuję, bo sobie nie „poużywałem”.

Zdarzają się jeszcze docinki, że wszystko zawdzięczasz znanym rodzicom, czy ten etap masz za sobą?

Ale ja się z tym zgadzam!

Wiesz o czym mówię.

Te docinki reprezentują nie mnie, tylko osoby, które je tworzą. Jest mi to obojętne. Chyba, że mają na myśli, że jestem tu dzięki miłości mojego taty do sceny. I miłości mojej mamy do ojca. Moi rodzice są ludźmi kulturalnymi i dla nich bardzo ważne było dobre wychowanie swoich dzieci, w takim sosie teatralno-filmowo-literackim.

Foto: Facebook/mateuszdamiecki

Od małego byłeś „naznaczony”.

Mówi się, że „masz to w genach”, ale ja to mam bardziej z obserwacji i z miłości do tego. Nie można kochać teatru przez geny. Czym jest dobre wychowanie? No tym, czego uczą cię rodzice, szkoła itd.

Odczuwałeś kiedykolwiek presję przez znane nazwisko?

Od małego słyszałem, że ja mam łatwiej, bo mam nazwisko. Ja starałem się stawiać sobie poprzeczkę coraz wyżej, jak zrozumiałem, że mam nazwisko, a nie mam imienia. Można przyjść na casting „z ulicy” i zrobić wrażenie na reżyserze i producencie…

Jak w Anglii.

Tak. Nikt mnie nie znał, a wygrałem tam duży casting.

Satysfakcja pewnie ogromna.

Dużo większa niż normalnie. Odkryłem siebie i dostałem prawdziwą ocenę. Producentom zależało, żeby zatrudnić najlepszego aktora. Przyszedłem jako jeden z wielu. W Polsce było trudniej. Oczekiwania związane z tym, kim jestem, choć nikt mnie nie znał, były często dla mnie niewspółmiernie ciążące. Profesor Jan Englert, który przyjmował mnie do szkoły, jak mnie zobaczył na egzaminie, to musiał zrobić coś z oczami, ponieważ jakiś czas wcześniej graliśmy razem na planie serialu „Matki, żony i kochanki”. Na egzaminie mogliśmy mówić do siebie na „ty”, mimo sporej różnicy wieku. Weź tu udawaj (śmiech).

Sztuka „A Passionate Woman”, miała być wystawiana w kilkunastu brytyjskich teatrach.

Tam już było wszystko ustalone. Były rozpisane próby, cała kilkumiesięczna trasa po Anglii, Szkocji i Irlandii. Nagle dzwoni do mnie producent i mówi, że Lynda Bellingham (aktorka, z która miał występować z Mateuszem – red.) jest chora, i że wszystko wstrzymują. Półtora roku później Lynda zmarła. Na trzy dni przed rozpoczęciem prób, okazało się, że odwołują całą trasę. Zostałem z niczym. I tam, i tu w Polsce, bo ze wszystkich zobowiązań w kraju musiałem uprzednio zrezygnować.

Oglądałem sporo twoich filmów, po których miałem poczucie, że zrobisz dużą karierę. A zwykle po sukcesie znikałeś z ekranów.

Zawsze tak jest. Odwieczne prawo rynku.

Foto: mateuszdamiecki.com

Potrafisz wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje?

To nie jest wymysł Polaków, tylko tego świata. Dziewięćdziesiąt procent aktorów, którzy dostają Oskara, po tym wielkim boomie czeka na telefon. Oczywiście prócz tych największych sław, które są zakontraktowane na pięć lat do przodu. Przyczyna braku propozycji jest zawsze taka sama: „Ty, ja nie dzwoniłem, bo myślałem, że po sukcesie jesteś taki zajęty!”

Ironia losu.

Aktor, który sam przychodzi i mówi: „Jestem tutaj!”, stawia się w…

Złym świetle.

Bardzo złym świetle. Ale niejednokrotnie mi się to zdarzało. Dla aktora brak propozycji, to sprawa bardzo trudna i uciążliwa. I wielu moich kolegów i koleżanek przez to przechodzi. Dlatego chcąc nie chcąc trzeba o sobie przypominać. Niemniej, trochę sobie za granicę pojeździłem do pracy.

Właśnie, mam takie wrażenie, że niektóre z filmów, w których występowałeś, zdecydowanie lepiej były oceniane poza naszym krajem. Mało tego, były tytuły, o których w Polsce praktycznie się nie mówiło. Przeszły bez echa, jak chociażby „Zagubiony czas”.

„Die Verlorene Zeit”. Ileż można słuchać o Auschwitz w Polsce?

Jak wiesz, ja pochodzę z tych okolic.

Jako trzyletnie dziecko byłem w Oświęcimiu. Moja mama pisała książkę o pierwszej udanej ucieczce z obozu. Jestem dość mocno wyedukowany w tej kwestii.

Nie byłeś rozczarowany, że film nie odniósł sukcesu w naszym kraju?

Nie, bo w Japonii mieliśmy drugi box office (najlepiej zarabiający film – red.), przy niewielkiej ilości kopii. Świadomość tego, że film zna więcej widzów z Japonii niż z Polski, sprawia mi ogromną satysfakcję. Do dzisiaj na facebooku dostaję wiadomości od fanów z Japonii. Podobnie jak po rosyjskim serialu „Kak ya stal russkim” piszą do mnie fani z … Chin . („Jak zostałem Rosjaninem” – red.).

Jesteś doceniany w Rosji, podobnie jak chociażby Paweł Deląg.

Paweł gra tam dużo. O mnie się mówi, że ja pracuję w Rosji od dwudziestu lat. A wystąpiłem tam tylko dwa razy. Pierwszy raz zagrałem w 1998 roku w „Russkim buncie”, drugi we wspomnianym serialu w 2015 roku.

Języka uczyłeś się w Orenburgu, w przerwie między zdjęciami, pijąc wódkę z ekipą filmową.

Wtedy to raczej wódka piła mnie (śmiech)!

Po emisji serialu „Jak zostałem Rosjaninem” rozpoczęła się „Damięckomania”.

Po jakimś czasie od ukończenia zdjęć, rosyjscy koledzy z ekipy filmowej zadzwonili do mnie. Powiedzieli: „Załóż koniecznie konto na Instagramie!”. Odpowiedziałem, że nie potrzebuję. Nalegali, żebym to zrobił i obserwował, co nastąpi. Założyłem konto i w kilkanaście godzin miałem ponad dwa tysiące „obserwujących” z Chin! Okazało się, że nasz serial tam był totalną rewelacją. Mieliśmy drugie miejsce zaraz po „Grze o tron”! Chińczycy na potęgę ściągali serial z sieci. Nagle stałem się bardzo rozpoznawalnym aktorem w Chinach!

Jakie stawiasz sobie kolejne cele, wyzwania zawodowe?

Doświadczenie aktora polega na zrozumieniu pewnego paradoksu. Otóż, przy ogromnych ambicjach, których aktor nie może się pozbyć, ponieważ uschnie i przestanie być efektywny, trzeba zapomnieć o jakichkolwiek nadziejach zawodowych.

Łatwo się mówi.

Zgadza się. Ja przez dwadzieścia siedem lat do tego dochodzę. Jest to takie moje credo, które powoli kończy się kształtować: Nie mam żadnych marzeń, związanych z moją pracą, ponieważ kiedy przyjdzie ważny casting, będę tak bardzo chciał, że mi nie wyjdzie.

Zatem kiedy nie masz propozycji zawodowych, to nie dewastujesz mieszkania?

Nie, bo teraz jestem spokojny, że za kilka chwil się pojawią. Nawet jak jest posucha, to za jakiś czas przychodzi oferta, a nawet trzy na raz.

„Dajmy czasowi czas”.

Bingo. Byłem kiedyś na wyprawie rosyjskiej. Jadę sześćdziesiąt dni samochodem, dwadzieścia pięć tysięcy kilometrów. Nagle dzwoni moja agentka i mówi: „Musisz się przygotować, bo za cztery dni pójdziesz na zdjęcia próbne do niemieckiego filmu”. Odpowiedziałem, że ja teraz jestem gdzie indziej myślami. Wróciłem jednak na czas, wykułem tekst na pamięć. Kiedy wszedłem na próbę, kątem oka widziałem, jak reżyserka mówi coś do osób odpowiedzialnych za obsadę filmu. Pomyślałem, że im nie pasuję. Później, już podczas zdjęć, owa reżyserka zapytała mnie, czy pamiętam tamtą chwilę, jak o mnie dyskutowali z boku podczas castingu. Odpowiedziałem, że doskonale. Ona mi na to mówi, że wcześniej nie miała o mnie pojęcia i pierwszy raz zobaczyła mnie właśnie w tamtej chwili. I od razu wiedziała, że to będę ja, po trzech sekundach naszego pierwszego „spotkania” kazała odwołać wszystkich aktorów, którzy starali się o tę rolę.

Od razu wiedziała, że to ty zagrasz w jej filmie.

Widzisz, tak już u mnie jest, że raz kładę się spać i nie wiem, co będzie, a rano dzwonią z propozycjami. A nieraz jest tak, że jestem dogadany, a potem nic z tego nie wychodzi.

 

Kiedy słyszę, że jestem amantem…?

To dobrze, bo aktorowi najtrudniej wyjść z „szuflady”.

Dzięki urodzie…?

Jest mi łatwiej z publicznością. Damską i męską też (śmiech)!

Najbardziej lubię wcielać się w rolę…?

Nieoczywiste.

Nigdy nie zagram…?

Zagram.

Najbardziej niesamowita podróż.

Rosja. Pod każdym względem.

Największy sukces?

Franciszek, mój syn.

Przyjaźń wśród aktorów…?

Bardzo możliwa.

Scena miłosna z Małgosią Lewińską…

A potem wstyd przed jej mężem (śmiech)!

2 komentarze

  • Agata Bladowska

    Bardzo ciekawy wywiad z człowiekiem pełnym pasji, który, jak się okazuje, ma dobre podejście do życia i jego słowa mogłabym nawet cytować. Brawo :).

    • Paweł

      Dzięki! Zapraszam na kolejne rozmowy:) Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

(C) Copyright 2017 - wszelkie prawa zastrzeżone

Create by DigiX