Magda Knedler – autorka kilkunastu powieści, różnorodnych gatunkowo i tematycznie. Pasjonatka historii od niedawna ukierunkowana właśnie na opowieści o przeszłości, zwłaszcza związane z tematyką drugiej wojny światowej. W tym roku ukazała się jej książka pt.: „Położna z Auschwitz”, która traktuje o Stanisławie Leszczyńskiej. „Mama” w piekle obozu koncentracyjnego ocaliła tysiące dzieci.

 

Kiedy po raz pierwszy usłyszała pani o Stanisławie Leszczyńskiej?

Właściwie nie wiem kiedy dokładnie to było, bo moja mama jest pielęgniarką i ta postać była znana w rodzinie. Wiedziałam, kto to jest, czym się zajmowała przed wojną, czym się zajmowała podczas wojny, i po wojnie też. Wiedziałam również, że była w obozie. Można powiedzieć, że znałam zarys jej biografii, nie znałam szczegółów, ale dużo wiedziałam o tej postaci, słyszałam o niej, zanim zaczęłam pisać książki. Cały czas gdzieś tam była w mojej głowie. Ta postać wróciła do mnie, kiedy na nowo zainteresowałam się literaturą obozową. Napisałam taką książkę “Moje przyjaciółki z Ravensbrück”, która wyszła w tamtym roku, później padło pytanie z mojego wydawnictwa, czy nie chciałabym napisać książki o Leszczyńskiej, bo jest to taka postać, która w Polsce nie jest tak dobrze znana, jak powinna być, z uwagi na rzeczy, które zrobiła. Tak rozpoczęła się moja praca nad książką “Położna z Auschwitz”.

Na temat Leszczyńskiej i obozu czerpała pani wiedzę z rozmaitych źródeł.

Praca odbywała się dwutorowo. Z jednej strony musiałam zebrać informacje o Leszczyńskiej, i tutaj nie był to tylko materiał dotyczący obozu, bo szukałam też informacji dotyczących jej życia przed wojną, przed obozem, a także po tych strasznych wydarzeniach. Musiałam podejść całościowo do postaci. Czytałam relacje więźniarek na jej temat, czytałam też jej książki, jej wspomnienia m.in. „Raport położnej z Oświęcimia”, było to takie źródło, które ustawiło mi mniej więcej strukturę tego wątku obozowego.

Leszczyńskiej zależało, by jej raport nie zawierał niepotrzebnych jej zdaniem emocji, tylko fakty medyczne, toteż trudno pewnie było z tego dokumentu dowiedzieć się czegoś więcej o niej samej.

To prawda, Leszczyńska skupiła się na faktach i wydarzeniach, natomiast nie zawarła w dokumencie swej oceny i emocji związanych z tamtym okresem, nie opisała swojego stosunku do tego piekła. Ten raport ukazał się dwadzieścia lat po wojnie, więc to był taki moment, w którym zabliźniały się wciąż świeże rany. Leszczyńska obawiała się, że ten dokument może te rany rozdrapać, że znów zaczniemy nienawidzić Niemców, że znów będzie w nas ta wyniszczająca złość. W raporcie jest tylko jeden emocjonalny fragment, dotyczy więźniarki z Wilna, która zaraz o porodzie musiała iść na egzekucję razem ze swoim dzieckiem. To jest w zasadzie jedyny fragment, gdzie Leszczyńska trochę bardziej emocjonalnie o tym opowiada. Nawet w wywiadach, których czasem udzielała, wypowiadała się o obozie w chłodny i wyważony sposób. Takich scen jak z Wilnianką położna widziała bardzo dużo, ale w tym jednym przypadku coś musiało w niej pęknąć, przyszedł moment przesilenia.

Dlaczego ten raport ukazał się dopiero dwadzieścia lat po wojnie?

Trudno powiedzieć. Po doświadczeniach obozowych niektórzy spisywali swoje wspomnienia, publikowali je pisarze, publikowali je też zwykli więźniowie, nie zajmujący się zawodowo literaturą. Leszczyńska chyba nie szukała sposobności, by zrobić podobnie. Wiadomo, że w domu, wśród rodziny i znajomych nie chciała za bardzo opowiadać o tych wydarzeniach.

To zachowanie często spotykane po traumatycznych przeżyciach.

Tak, to prawda. Spotykam się z tym, że ludziom w starszym wieku bardziej się chce mówić o tych trudnych czasach, niż tym, którzy dopiero przez to przeszli. Zazwyczaj ludzie chcą wyprzeć takie rzeczy, bo gdyby wciąż o nich myśleli, to nie mogliby ruszyć z miejsca. Natomiast kiedy jest się starszym, to te wspomnienia wracają, przerabia się je na nowo. To jest takie znamienne, że w sędziwym wieku wraca się do młodości, a że wtedy była to rzeczywistość obozowa, to do tego też się wraca. Oczywiście nie możemy generalizować, są taki osoby, które wspomnienia zabierają do grobu.

Pierwsza wersja „Raportu położnej z Oświęcimia” ujrzała światło dzienne, kiedy Leszczyńska odchodziła na emeryturę w 1957 roku. Z okazji zakończenia pracy zrobiono jej uroczyste przyjęcie. Jej syn zapytał ją wcześniej, czy chciałaby coś powiedzieć na zakończenie kariery zawodowej, i ona nagle zaczęła opowiadać o obozie. Syn zaczął spisywać te wspomnienia, a na samej uroczystości przeczytał fragmenty raportu.

Czuła pani presję zabierając się za pisanie książki o tej niezwykłej kobiecie?

Oczywiście, że tak! Nie ukrywam, że takie postaci są bardzo trudnym materiałem na bohatera literackiego. W literaturze faktu opowiadamy o postaciach, o wydarzeniach, o miejscach. W literaturze pięknej trzeba raczej postać wykreować, stworzyć ją, nie opowiedzieć o niej. Łatwiej się pisze o postaciach, które są dwuznaczne, czyli nie są do końca kryształowe, mają swoje za uszami. Ja wolę budować takich bohaterów. Z Leszczyńską był „problem”, bo miała same dobre cechy. Musiałam ją zestawić z kontekstem, czyli z obozem, postawić ją w konkretnym miejscu. Jak się skontrastuje położną z tym na przykład, że dwadzieścia minut zajmowało jej przyniesienie wiadra wody do swojego baraku, a była małą i drobną kobietą, to już daje jakiś jej obraz. Była więźniarka funkcyjną, więc stale po tę wodę musiała chodzić, niezależnie od warunków panujących na zewnątrz. Leszczyńska miała czterdzieści siedem lat, bardzo dużo pracowała, nie sypiała praktycznie wcale, mało jadła. I do tego ciągle chodziła po tę wodę do studni. Chciałam pokazać, że nie była człowiekiem ze stali, jak każdy odczuwała ból i zmęczenie. Nigdy też nie rozpatrywała siebie w kategoriach bohaterki, to co robiła, to była dla niej zawodowa misja. Nie lubiła o sobie mówić, więc postanowiłam, że ja to zrobię.

Mimo tych skrajnych obozowych warunków Leszczyńska odebrała około trzy tysiące porodów.

Mogło być ich więcej, mogło być ich mniej, tej liczby nie da się dokładnie ustalić. O trzech tysiącach Leszczyńska wspomniała w swoim raporcie, jednak badacze nie są skorzy do tego, by tę liczbę tak uściślić.

Przyjmijmy zatem, że kilka tysięcy, mimo że to i tak się wydaje kompletnie nierealne, jeśli przestudiujemy w jakich warunkach te porody się odbywały, i że zarówno wszystkie kobiety jak i dzieci przeżyły.

Tak, to wydaje się nierealne. Podkreślmy tylko, że kobiety i dzieci przeżyły porody, natomiast nie wszystkie przeżyły obóz.

To, że Leszczyńska została położną w Auschwitz, nie było do końca dziełem przypadku, ponieważ przemyciła do obozu swój dyplom.

No właśnie to jest ciekawe z tym zaświadczeniem, bo wcześniej Leszczyńska była w więzieniu w Łodzi. Aresztowano ją w jej mieszkaniu.

Razem z córką i synami.

Tylko jej mężowi i jednemu z synów udało się wówczas uciec. W więzieniu Leszczyńską przesłuchiwało gestapo. Następnie trafiła do Auschwitz, gdzie jakimś cudem udało jej się to zaświadczenie przemycić. Do samego obozu, to jestem w stanie jakoś zrozumieć, ale w jaki sposób przemyciła ten dokument do baraku? Przecież musiała przejść kwarantannę, zostać ogolona, oddała ubrania, rzeczy osobiste. Jakoś jej się to udało i w odpowiednim czasie przedstawiła dokument lekarzowi obozowemu.

Stanisława Leszczyńska z rodziną
Stanisława Leszczyńska z rodziną Foto: Archiwum Kurii Archidiecezji Łódzkiej

Zaproponowała swoją kandydaturę na stanowisko położnej.

W obozie były dwie kobiety, które przyjmowały porody: siostra Klara i siostra Pfani.

Te kobiety mordowały dzieci po porodzie.

Tak, było takie rozporządzenie do maja 1943 roku, że wszystkie noworodki mają być zabijane. Kobiety nie, dlatego że była potrzebna siła robocza. Chyba że przyjechały z wyrokiem, jak wspomniana wyżej Wilnianka. Właściwie zaraz po porodzie, jeszcze w połogu, te nieszczęśniczki szły do jakiegoś komanda do pracy. W maju 1943 roku wyszło nowe rozporządzenie, że ta selekcja dotyczy tylko dzieci żydowskich, czyli mordowano tylko żydowskie noworodki. Na innych dzieciach przestano przeprowadzać egzekucje, ale czy przeżyły obóz to już inna kwestia.

Leszczyńska wiedziała, że noworodki są mordowane, i kiedy siostra Klara zachorowała, ona zgłosiła się na zastępstwo.

I nawet kiedy Klara wyzdrowiała, Leszczyńska pozostała na swoim stanowisku.

Przełożonym był doktor Mengele.

Tak, ale dopiero od końca maja 1943 roku, kiedy Mengele został Lagerartzem (lekarz obozowy – red.). Zajmował się on wtedy przede wszystkim obozem cygańskim, aż do jego likwidacji. Podlegały mu jednak baraki rewirowe, pojawiał się tam, znał Leszczyńską, ale skupiał się głównie na tym romskim lagrze. Leszczyńska trafiła do Auschwitz w kwietniu. Nie od razu znalazła się w baraku rewirowym, gdzie przyjmowano porody, a Mengele nie był jedynym lekarzem, z którym miała styczność

Nazwisko Mengele wywoływało wielki strach u przyszłych matek. Obawiały się, że ich dzieci trafią w jego ręce i będą obiektami chorych eksperymentów.

Czasem dzieci przeżywały te eksperymenty, jednak odbijały się potem na ich zdrowiu. Bardzo drastyczne były np. badania nad tęczówką, czy można zmienić jej barwę. Dzieciom zakrapiano oczy jakąś cieczą i różnie się to kończyło: gorączką, utratą wzroku, a nawet całkowitym wypłynięciem oczu.

Nie widziała nigdy, by doktor osobiście kogoś skrzywdził, pobił czy zabił, ale miała pewność, że wydawał rozkazy” – to cytat z pani książki, ukazujący nieco styl działania doktora Mengele.

To w zasadzie dotyczy wielu obozowych lekarzy, którzy byli na wysokich szczeblach. Nie musieli osobiście nic robić, wystarczył rozkaz. Oczywiście niektórzy mieli w sobie potrzebę, żeby krzywdzić osobiście.

Mengele w oczach Stanisławy Leszczyńskiej był młodym, zadbanym mężczyzną, który zazwyczaj był bardzo elegancki, spokojny, i na pierwszy rzut oka trudno byłoby stwierdzić, że to on stoi za makabrycznymi rozkazami, i że ma na koncie tak wiele istnień ludzkich.

Nawet więźniarki w swoich wspomnieniach piszą, że był to bardzo czarujący człowiek! Zawsze był odpowiednio uczesany, zawsze miał wypolerowane oficerki, czyste ubranie, rękawiczki. Pracował nad swoim wizerunkiem. Często pytał ciężarne, jak się czują, był uprzejmy. Czasami zdarza mi się czytać jego literackie wizerunki, z których wynika, że był porywczy i się awanturował. Z dokumentów, które ja przeczytałam, wynika zupełnie co innego.

Josef Mengele / Źródło: Wikimedia Commons

Z tego co wiem, doktorowi zależało na tym, aby nie był odbierany jako człowiek porywczy, gdyż świadczyłoby to o jego słabości, o niemożności kontrolowania otoczenia. To burzyłoby wymarzony wizerunek jego osoby, panującej nad wszystkim dookoła.

Bardzo często mówi się o nim, że był sadystą. Kiedy przerabiałam materiały o nim, to wydawało mi się, że to nie do końca prawda. Sadysta to osoba, która czerpie przyjemność z zadawania cierpienia drugiej osobie, a on nie do końca tak działał. On odbierał rzeczywistość obozową jako swojego rodzaju poligon doświadczalny. Uznawał podział na „rasę panów” i całą resztę „podludzi”, więc uważał, że ma prawo eksperymentować na więźniach. Kiedy zszywał dzieci plecami, żeby sprawdzić, co się stanie, to nie dlatego, że on chciał się nacieszyć ich cierpieniem, tylko po prostu chciał zobaczyć, co z tego wyjdzie. To był taki bardziej „zimny naukowiec”, bezwzględny, który poświęca ludzi dla swoich eksperymentalnych tez. Nie nasycał się cierpieniem, tylko sprawdzał swoje teorie. W książce jest fragment o tym, jak kazał swojemu asystentowi wygotować szkielety z dwóch ciał.

Chodzi o ciała ojca, który miał garba i syna, który miał jedną nogę krótszą.

Asystent doktora, Miklós Nyiszli, żydowski Węgier, poznał wcześniej tych ludzi, a mimo to Mengele, który wydał na nich wyrok, nakazał mu później odseparować ich ciała od kości, bo potrzebne mu były spreparowane szkielety. Nyiszli wygotował więc ciała w dużym kotle i – brzmi to makabrycznie – oddzielił mięso od kości, bo to była jego zdaniem najłatwiejsza metoda. Nie miał wyjścia, dostał rozkaz. I prawdopodobnie nie o to chodziło, że Mengele chciał się nasycić cierpieniem asystenta, którego zmusił do zrobienia tych rzeczy, tylko po prostu potrzebował spreparowanych szkieletów, żeby zaprezentować je swoim kolegom po fachu. I podkreślić degenerację fizyczną…

Podludzi”.

Tak. Mengele był więc takim „naukowcem”, który uważał, że w imię nauki wolno mu wszystko.

Mnie przeraża fakt, że Mengele lubił żartować z najmłodszymi więźniami i na przykład częstował je cukierkami, tuż przed wysłaniem ich na śmierć

Robił tak między innymi przed likwidacją obozu cygańskiego, żeby dzieci mu zaufały, bo wtedy łatwiej było nimi manipulować.

Może wróćmy do Stanisławy Leszczyńskiej i jej podopiecznych… „Tutaj bycie matką zyskiwało wymiar tragiczny, było czymś ponad siły, czymś pożądanym, a jednocześnie rujnującym, czymś, co komplikowało i tak trudną już sytuację” (fragment książki „Położna z Auschwitz” – red.) – to zdanie opisuje cały dramat, z jakim mierzyły się kobiety w ciąży w obozie zagłady.

Wydaje mi się, że w Auschwitz kobiety w ciąży były w najtragiczniejszej sytuacji. Kiedy kobieta jest w stanie błogosławionym, ten czas jest dla niej bardzo trudny i często stresujący, a co dopiero w warunkach obozowych. To było jakieś ekstremum. Ten oddział położniczy, to był taki obóz w obozie, bo kobiety w ciąży znajdowały się przecież w trudniejszej sytuacji niż inni więźniowie. Nie wiedziały, co się stanie z dziećmi i z nimi samymi.

Mnóstwo noworodków mordowano zaraz po narodzinach, a ich matki były tego świadkami. Czasem wymuszano na tych kobietach, by własnoręcznie zabijały swoje nowo narodzone dzieci.

Tak, ale tylko na żydowskich kobietach, to trzeba podkreślić. Po maju 1943 roku wyszło rozporządzenie, że tylko noworodki żydowskie mają być mordowane. I na żydowskich kobietach wymuszano czasem zabijanie własnych dzieci.

Zwykle dzieci mordowano zastrzykiem w serce lub topiono je w beczkach.

Ten zastrzyk, to był taki bardziej „humanitarny” wyrok śmierci. Sposób uśmiercania dzieci w beczce z wodą, lub nieczystościami, był straszny. Matki stawały przed tragicznym wyborem: czy zabić własne dziecko, czy pozwolić, żeby obca osoba pozbawiła je życia. To był chyba najlepszy sposób, żeby złamać te więźniarki.

Kiedy Leszczyńskiej kazano mordować dzieci po porodzie, ta stanowczo odmawiała, mimo że za taką postawę groziła jej śmierć.

W zasadzie to powinna za to stracić życie. Było więcej więźniarek – pielęgniarek, które robiły podobnie, ale to zawsze była taka ruletka. Dużo zależało od tego, czyj rozkaz się odrzucało. Jednemu się ktoś sprzeciwił i nic złego się nie działo, inny wyciągał pistolet I kazał iść pod ścianę. Mengele na miejsce Leszczyńskiej mógł znaleźć kogoś innego. Kogoś, kto wykonywałby jego rozkazy. Dlaczego nie kazał zabić Leszczyńskiej? To jest zagadka.

Jeśli na świat przyszło dziecko nieżydowskie, w dodatku z aryjską urodą, to istniało duże prawdopodobieństwo, że trafi do jakiejś niemieckiej rodziny.

Niemcy dokonywali selekcji. Noworodki, które były zdrowe, zwykle trafiały do niemieckich adopcji. Trudno mówić o dostrzeżeniu aryjskich cech u niemowląt, jednak przyglądano się np. matkom i często na tej podstawie wyrokowano, jaką urodę będzie miało dziecko w przyszłości. Wytypowane dzieci przechodziły przez placówkę w Nakle, skąd trafiały do niemieckich rodzin. Były przeznaczone do wynarodowienia.

Jedyną szansą na odnalezienie tych dzieci po wojnie przez biologiczne matki, były małe tatuaże, które ukradkiem robiła dzieciom Leszczyńska.

Robiła znaki w formie tatuażu w miejscu, które nie rzucało się w oczy. O tym, gdzie był tatuaż, wiedziała tylko Leszczyńska i matka dziecka. Kiedy matka musiała oddać obcym ludziom swoje dziecko, zaczynała się wielka rozpacz. Ten tatuaż miał taki wymiar psychologiczny.

Dawał nadzieję na odnalezienie dziecka.

Kobiety czuły się bardziej komfortowo wiedząc, że ich dziecko ma ukryty tatuaż na ciele, który w przyszłości być może pomoże w identyfikacji. Po roku noworodek już mógł wyglądać zupełnie inaczej, nie do poznania.

Zna pani jakikolwiek przypadek, że udało się odnaleźć oznaczone dziecko?

Nie znam niestety ani jednego przypadku. Po wojnie ludzie szukali się poprzez Czerwony Krzyż, czasami odnajdywali się po długich latach. Znali swoje nazwiska, znali mniej więcej losy swoich bliskich. Jak znaleźć dziecko, mając tylko informację, że ma jakieś znamię?

Z książki dowiadujemy się, że w listopadzie 1944 roku do obozu przyszedł rozkaz z Berlina zakazujący mordowania więźniów, w tym również noworodków. Ponoć wcześniej Brytyjczycy złapali grupę nazistów i zagrozili ich przełożonym, że jeżeli nie zaprzestaną swoich praktyk w stosunku do więźniów, oni zrobią to samo z ich wojskowymi.

Trzeba by to dokładnie sprawdzić w dokumentacji, jak ten komunikat brzmiał w całości. Ja w książce podałam taką informacją na podstawie słów jednej z więźniarek, która była w ruchu oporu, nazywała się Stanisława Rachwałowa. Nie do końca wiadomo, czy to był jedyny powód, czy jednak było ich więcej, ponieważ więźniowie nie mieli wtedy kompletnych danych i powtarzali to, co usłyszeli od swoich źródeł. Najważniejszy jest fakt, że w listopadzie 1944 roku przestano mordować więźniów w komorach gazowych. „Praca” komór gazowych została wstrzymana. I podkreślmy, że więźniów żydowskich, bo od maja 1943 roku więźniowie aryjscy w zasadzie nie podlegali już selekcji. Oczywiście w obozie nadal odbywały się egzekucje, czyli to nie było tak, że nagle wszyscy przestali umierać.

Nadal mordowano ludzi, ale już nie na taką skalę i bardziej za konkretne „przestępstwa”, jakkolwiek to brzmi.

Można było skazać więźnia na śmierć, rozstrzelać go, powiesić, ale już „zgodnie” z literą „prawa”. Bardzo często były to egzekucje pokazowe, które inni więźniowie musieli oglądać.

Wróćmy do głównego wątku: warunki w jakich Stanisława Leszczyńska przyjmowała porody były dramatyczne, trudno mówić o jakimkolwiek wyposażeniu i sprzęcie medycznym, którego w zasadzie nie było wcale. Z uwagi na panujące warunki: insekty, choroby, głód, zimno czy brak środków do sterylizacji narzędzi, ryzyko zakażenia zarówno matki jak i dziecka było ogromne.

Można nawet powiedzieć, że narzędzia to było słowo na wyrost, bo położna miała do dyspozycji zardzewiałą nerkę i nożyczki. Nic więcej. Trudno było zdobyć skrawek materiału, żeby wytrzeć ręce i narzędzia. Nie zawsze była okazja wyjść po wodę, dodajmy, że zimną, i wtedy też kobiety starały się jakoś pomóc i oszczędzały swoje ziółka do picia, zlewały je do jednej miski, żeby później umyć w nich nowo narodzone dziecko i przemyć jego mamę. O prześcieradle i śpioszkach można było pomarzyć, chyba że nieżydowska kobieta dostała paczkę od bliskich, ale to nie zdarzało się często i nie wystarczało na długo. Bywało, że noworodki opatulano właśnie w papier z paczek, bo nie było ich w co ubrać.

Foto: Archiwum Kurii Archidiecezji Łódzkiej

Czasem udało się coś przemycić z „Kanady”, czyli z magazynu ze zrabowanym więźniom mieniem.

Z tym, że nie było to takie proste, bo odległość od baraku, gdzie przyjmowano porody, do „Kanady II” na terenie Birkenau była spora. Trzeba się było bardzo natrudzić, żeby przemycić coś stamtąd.

Stanisława Leszczyńska miała w obozie przezwisko „Mama”, tak zwracały się do niej kobiety w ciąży.

Traktowała więźniarki, czyli swoje pacjentki, jak córki. Wiedziała, że czas ciąży i narodzin jest dla kobiet bardzo trudny i bardzo ważny, i że kobieta w tym momencie potrzebuje matki, potrzebuje wsparcia drugiej kobiety. Leszczyńska często w taki sposób witała nowe więźniarki na swoim „oddziale”, by dodać im otuchy: „Tutaj ja będę twoją matką”, więc one tak się do niej później zwracały.

Mama” wspierała więźniarki i podtrzymywała je na duchu, choć sama nie do końca wiedziała, co dzieje się z jej rodziną. W zasadzie miała wiadomości tylko od swojej córki, która razem z nią była w Auschwitz.

Jej dwaj synowie, którzy zostali aresztowani w mieszkaniu razem z Leszczyńską i jej córką, trafili do obozu w Mauthausen – Gusen (dzisiejsza Austria – red.), i do położnej dotarły takie informacje. Nie wiedziała, co dzieje się z jej trzecim synem i z mężem. Dowiedziała się dopiero po wojnie, kiedy wróciła do domu.

Niestety jej mąż zginął w Powstaniu Warszawskim.

Tak, prócz niego wszyscy przeżyli.

Skąd Leszczyńska miała tyle dobra w sobie? Co ją ukształtowało? Fakt, że od dzieciństwa musiała opiekować się rodzeństwem, kiedy matka szła pracować do fabryki?

To nie było nic wyjątkowego w tym czasie na Bałutach (dzielnica Łodzi – red.), wiele rodzin tak funkcjonowało. Trudno to jednostronnie wskazać, czasem decydują geny, czasem wydarzenia, które człowieka naznaczają. Stanisława Leszczyńska w każdym widziała człowieka, nie dokonywała podziału na ludzi lepszych i gorszych pod względem rasy, wyznania, płci, przekonań. Nikogo nie oceniała, nikogo nie potępiała. Być może siłę czerpała ze swojej wiary, bo była głęboko wierząca. To też na pewno miało znaczenie.

I poczucie misji, że to co robi, jest bardzo ważne.

Była przekonana, że ludzkie życie trzeba za wszelką cenę ratować, bez względu na okoliczności i ryzyko. Trudny czas zawsze ujawnia bohaterów. Bohaterstwo objawia się w momencie próby.

 

Drogi czytelniku, jeśli uważasz, że treści, które publikuję są wartościowe i chcesz, by pojawiały się częściej, możesz wesprzeć „Rozmowy do kawy” i zostać patronem portalu! Link: https://patronite.pl/RozmowyDoKawy/description

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

(C) Copyright 2017 - wszelkie prawa zastrzeżone

Create by DigiX