Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. W środowisku tatuażystów uważany za jednego z najlepszych portrecistów na świecie. Tatuaże są tak realne, że wiele osób podważało ich wiarygodność i sugerowało, że zanim pojawiają się w sieci, są graficznie modyfikowane. Sławę przyniósł mu portret Bradleya Coopera. Pracuje na całym świecie, w kraju spotkacie go w INK-OGNITO TATTOO w Rybniku. Jeśli chcecie być klientami Karola, musicie uzbroić się w cierpliwość, bo na sesję trzeba czekać nawet ponad rok. Warto.

 

Pewnej bezsennej nocy zmieniałem kanały telewizyjne w poszukiwania ciekawych treści. Trafiłem na program „Galileo”, gdzie bohaterem odcinka był tatuażysta, który wykonywał portrety tak realistyczne, że wydawało się to wręcz niemożliwe. Wciągnęło mnie. Okazało się, że to Polak, który tworzy niedaleko mnie. Z racji, że program nie do końca zaspokoił moją ciekawość (krótki format), postanowiłem go odwiedzić…

Kiedy przybyłem do INK-OGNITO TATTOO w Rybniku, Karol akurat przyozdabiał rękę Marcina, kolegi po fachu.

Co tatuujesz?

Karol: Robię fragment do motywu z filmu „Władca Pierścienia”.

Marcin, dlaczego przyszedłeś akurat do Karola?

Marcin: A widziałeś jego portfolio (śmiech) ?!

[Uśmiechnąłem się szeroko]

Marcin: No właśnie!

Co najbardziej cenisz w fachu Karola?

Marcin: Realizm. To jak potrafi oddać detal, najdrobniejszy szczegół. Jego dzieła wyglądają jak fotografie.

Karol: Z wyborem tatuażysty jest tak, że selekcjonujesz fachowców ze względu na ich wcześniejsze prace. Dla mnie istotny jest jeszcze jeden aspekt: muszę się z gościem dogadywać. Taka współpraca trwa dosyć długo, więc nie pójdę do kogoś, kogo nie lubię. Szkoda siedzieć cały dzień z jakimś chamem.

Nawet jeśli jest najlepszy w branży?

Karol: Tak.

Występ w „Galileo” to był twój pierwszy tak duży kontakt z telewizją?

Karol: Wydaje mi się, że tak. Choć byłem też z kolegą w jednej z telewizji śniadaniowych. Ale występ w „Galileo” był tylko o mnie i dość dużym echem się to odbiło. Już sporo lat pracuję i pokazuję swoje prace, aby być widocznym.

Mówisz o konwentach.

Karol: Tak, staram się jeździć w różne miejsca i pracować dla różnorodnych klientów.

Do czego konkretnie dąży tatuażysta, prócz tego, że chce się rozwijać w sztuce, którą uprawia?

Karol: Każdy dąży do czegoś innego: jedni chcą się pokazać, inni dążą do perfekcji w fachu, jeszcze inni chcą zarobić dużo pieniędzy.

Jak jest twoja droga?

Karol: Nie wiem. Jak coś robię, to lubię to robić dobrze. Próbowałem kiedyś tańczyć, ale kiepsko mi szło, więc nie będę tego robić (śmiech)!

Marcin: Nie gadaj, jesteś teraz popularny, masz szansę na „Taniec z Gwiazdami” (śmiech) !

Karol: Jedynie z Popkiem mogę tańczyć (śmiech)! A tak na serio: kiedyś zajmowałem się malarstwem. Tatuowanie to coś podobnego, tylko pracuje się innymi narzędziami. Zaciekawiło mnie to bardzo. Prace, które wcześniej wykonywałem na płótnie, teraz wykonuję na skórze. Pracując jako tatuażysta nie myślałem ile zarobię i czy będę doceniony, tylko chciałem robić to najlepiej jak potrafię.

Jesteś perfekcjonistą.

Karol: Tak. Zanim coś zrobię, dużo o tym czytam. Przygotowuję się teoretycznie. Później działam. Jeśli wychodzi, staram się być coraz lepszym. Mam kilka dziedzin, w których się dobrze czuję, ale brakuje mi na to czasu. Z tatuowaniem jest o tyle fajnie, że da się na tym dobrze zarobić.

Na pewno jest to opłacalna branża.

Karol: Zdecydowanie. Ale trzeba dążyć do perfekcji. Lubię na przykład malarstwo i szachy. Jak się dochodzi w czymkolwiek do dobrego poziomu, to są dwie opcje: trzeba się poświęcić całkowicie i podnosić umiejętności, albo zostać na pułapie, na którym się już jest.

Kasparowem już nie będziesz.

Karol: Już nie (śmiech).

Z artystami często jest tak, że są doceniani częściej po śmierci niż za życia. Droga tatuażysty jest poniekąd bardziej opłacalna, ponieważ nadal tworzysz sztukę, ale masz z tego wymierne profity, materialne korzyści.

Karol: Tak, to jest fajne. Szczególnie jeśli masz rodzinę i jakieś plany. Kiedy jesteś randomowym malarzem, często bywa ciężko. Nie chciałbym mówić dziecku: nie możemy sobie pozwolić na to i na to. Jako tatuażysta mogę tworzyć ciekawe dzieła i jeszcze z tego godnie żyć. Ponadto mogę podróżować, poznawać milion osób i inspirować się. Widzisz, jest u mnie Marcin, który posiada własne studio, a tatuuje się tutaj. Nie ma między nami chorej konkurencji.

Nie masz z tyłu głowy, że Marcin skopiuje twoje pomysły, technikę, styl?

Karol: Nie. Bo każdy ma własne schematy pracy i wizję. Możemy się podpytać, nauczyć czegoś od siebie, ale finalnie każdy stworzy inne dzieło.

Kreowanie na podstawie własnego doświadczenia.

Karol: I innych dziedzin, nawet nie związanymi ze sztuką.

Marcin: Nawet jeśli tworzysz zegarki, to siłą rzeczy każdy kolejny będzie inny.

Karol: Ja cenię kontakt z innymi tatuażystami, bo każde takie spotkanie mnie rozwija, uczy nowych rzeczy.

Po studiach na Akademii Sztuk Pięknych miałeś zostać belfrem.

Karol: Miałem nawet zrobić doktorat…ale poznałem chłopaków ze studia tatuażu.

Nie żałujesz, że mogłeś mieć „wyższą pozycję społeczną”? Kiedyś tak to było przecież odbierane.

Karol: Nie zastanawiam się nad tym.

Rodzina nie miała obiekcji?

Karol: Na początku miała. Ale o tyle mam fajnie, że rodzice zawsze mnie wspierali. Tata ma firmę budowlaną. Po szkole mogłem u niego pracować, pobierać pieniądze i nie stresować się niczym.

Zawód „syn”.

Karol: Miałem inne plany. Mój tata też był w szkole plastycznej, ale zrezygnował. Zawsze mi mówił, że żałuje, iż tak się to potoczyło, więc jeśli ja mam możliwość, to powinienem skorzystać. Wrócić do domu zawsze przecież mogę.

Kiedy czytałem komentarze na temat twoich pracy typu: „są zbyt realistyczne, to niemożliwe, że wykonał je człowiek”, to zastanawiałem się czy może być lepszy komplement.

Karol: To działa w dwie strony, z jednej super, z drugiej ludzie sobie myślą: kombinuje!

Foto: INSTAGRAM/karolrybakowski

Chodzi pewnie o opinię, że ulepszasz graficznie swoje prace, nim udostępnisz w Internecie.

Karol: (Śmiech) Przez to w ostatnim czasie staram się publikować filmy, które pokazują jak pracuję. Oczywiście pojawiają się wtedy zarzuty, że robię to super aparatem i efekt jest lepszy niż rzeczywistość.

Ale bzdury…

Karol: Nie wyobrażam sobie zrobić fotografii lub filmu, na których widać moje prace, sprzętem niskiej jakości. Po co pokazywać coś, co jest słabo widoczne?! Jeśli jestem zawodowcem, wykonuję pracę profesjonalnie i robię PROFESJONALNE zdjęcie. Czy sprzedawcy samochodów robią słabe zdjęcia aut? Czy samochody są brudne?

To jest też jeszcze problem mentalności Polaków. Jak widzę w sieci prace najlepszych tatuażystów na świecie, to nie jestem obrażony, że oni tak zrobili, tylko chcę iść do pracy i zrobić to lepiej. To zdrowo napędza.

Ciągłe samodoskonalenie, to powód twoich niesamowicie realistycznych prac?

Teoria i praktyka. Stałe próbowanie i kombinowanie. Mi było łatwiej, bo wcześniej malowałem…

Również portrety.

Karol: Głównie. To nie jest tak, że robię teraz portrety, bo jest to popularne i dobrze płatne. Robiłem to już wcześniej, tylko w trochę innej dziedzinie.

Zmieniłeś sprzęt i płótno. Ludzka skóra to trudny materiał?

Karol: Tak, ponieważ za każdym razem jest inna. Szybko czerwienieje, kolor tatuażu nie jest od razu taki, jaki będzie finalnie. W malarstwie jest większy margines błędu. Możesz obraz namalować raz jeszcze, poprawiać, przemalowywać. Ze skórą ludzką już tak łatwo nie jest.

Czujesz presję, odpowiedzialność za efekt końcowy?

Karol: Pierwszy rok tak miałem. Może dwa. Bardzo się stresowałem. Myślałem nad techniczną stroną pracy. Czy zrobić tatuaż jak inni, czy zaryzykować i spróbować wykonać go lepiej. A ryzyko jest, chociażby takie, że skóra może się gorzej goić. Sporo jest takiego myślenia. Dziś mogę tatuować i spokojnie z tobą rozmawiać. Nie muszę się zastanawiać, jaką farbę teraz użyć.

Nabyłeś doświadczenie. A na czym ćwiczyłeś pierwsze kroki? Skóra od banana, świńska?

Karol: Na skórze syntetycznej. Tam na ścianie wiszą moje pierwsze prace. Oprawiłem sobie na pamiątkę. Zanim zacząłem pracować na ludzkiej skórze, musiałem nauczyć się tatuować. Chłopaki kazali mi zrobić np. czaszkę. Prosiłem, by wybrali mi najtrudniejszą do wykonania. Śmiali się i pytali: dlaczego najtrudniejszą? Szybciej się uczyłem w taki sposób.

A pierwszy tatuaż na skórze ludzkiej?

Karol: Mojemu koledze robiłem czaszkę.

Przełomowym momentem, który sprawił, że zacząłeś być rozpoznawalny, był chyba ten, w którym wrzuciłeś portret Bradleya Coopera do sieci.

Karol: Tak, chociaż ja wcale się taki pewny wtedy nie czułem.

Foto: INSTAGRAM/karolrybakowski

Po takiej pracy?

Karol: Tak, bo jak się zaczyna tatuować, to się w ogóle nie myśli o technice. Chcesz zrobić tatuaż, który fajnie wygląda. Tylko jak on się zagoi i miną trzy lata, to widać czy był dobrze zrobiony technicznie, czy nie.

Po czasie uwypuklają się niedoskonałości.

Karol: Na Bradley’u wyszły. Nie byłem gotowy. Za szybko byłem wrzucony na głęboką wodę.

Mimo to, na brak klientów nie mogłeś już narzekać.

Karol: Na pewno. To nie był jakiś super tatuaż, tylko ludzie zobaczyli go w dobrym momencie.

Tuż po premierze filmu?

Karol: Tak, było wtedy głośno o filmie „Snajper”. Są tatuatorzy, którzy celowo wrzucają do sieci prace, kiedy zbiegają się z premierą danego filmu. Za miesiąc premiera np. „Gwiezdnych wojen”, to robią sceny i postacie z tej produkcji. To zawsze ma lepszy odbiór i wpływa na popularność.

Bradley to był twój pomysł?

Karol: Nie, klienta. Jeden z tatuatorów mu odmówił, więc postanowiłem, że ja mu zrobię.

Słyszałeś, że ocenia się ciebie jako jednego z najlepszych wykonawców portretów w Europie?

Karol: Słyszałem.

To jest w jakikolwiek sposób do zweryfikowania?

Karol: Nie. To jest jak z malarstwem, że nie da się wybrać jednego, najlepszego autora. Jak wybrać jednego malarza, kiedy jest tyle stylów?! Pełno osób robi portrety, tylko w inny sposób. Dzięki temu, że zrobiłem Bradleya Coopera i wrzuciłem do sieci, obecnie głównie robię portrety.

To, co lubisz najbardziej.

Karol: Tak. A nie każdy chce to robić.

W sensie portrety?

Karol: Tak, ponieważ granica błędu i wolności twórczej jest inna. Jeśli ktoś przychodzi, bo chce sobie wytatuować babcię i ja coś zrobię nie tak, to jest problem. Nie mogę powiedzieć: „Sorry, że nie wygląda jak twoja babcia”.

Nie ogranicza cię to jako artystę?

Karol: Ale ja to lubię robić.

Masz swoich idoli wśród tatuażystów?

Karol: Nie. Lubię prace dobrych tatuatorów, ale nie tak, żeby mnie zachwycały. Staram się ich obserwować, by być tak dobrym jak oni.

Foto: INSTAGRAM/karolrybakowski

Jesteś odtwórcą, czy masz rozwinięty zmysł kreacji?

Karol: Głównie odtwarzam. Kreowanie nie sprawia mi takiej przyjemności. Po godzinach maluję sobie surrealistyczne obrazy, ale to już nie jest to. Nie chciałbym zamienić portretów na nic innego. Bardzo mi się to podoba. Nawet jeśli jest to „gorsza sztuka”.

Przecież skala trudności jest bardzo duża. Przy różnych „mazach” nawet jak nie udał ci się efekt końcowy, to możesz przecież powiedzieć, że taki miał być. Kto wiedziałby, że tak nie jest? Przy portrecie margines błędu jest bliski zera.

Karol: Tak, ale w hierarchii szkolnej portret, to nie jest wielka sztuka. To najniższy poziom. W szkole uczą odtwórczości, by potem wykorzystać te zdolności w innych formach artystycznych. Mi jednak tak się to spodobało, że chciałem się rozwijać w tej materii.

Dla ciebie tatuaż to ozdoba, symbol, wyrażanie siebie?

Karol: Różnie. Wszystko zależy od klienta. Czasem przychodzą dziewczyny i chcą jakiś tatuaż, bo jest taka moda, albo ktoś znany sobie zrobił podobny. Inni chcą na przykład upamiętnić babcię czy dziadka. Niejednokrotnie tatuaże, które wydają nam się być głupie, dla ludzi mają inny wymiar.

Odmawiasz usługi, jeśli ktoś chce tatuaż niezgodny z twoim poczuciem estetyki?

Karol: Tak.

Czego nie chcesz uwieczniać? Albo inaczej: jaki projekt ostatnio odrzuciłeś?

Karol: Nie wiem. Nie ma styczności z takimi klientami. Zajmuje się tym manager. Wiedzą jakie pomysły mi się nie spodobają.

A były takie, które cię zachwyciły?

Karol: Nie. Jeśli ktoś chce portret babci, to robię portret babci. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Łączyliśmy na przykład portrety dzieci z ich rysunkami, ale nie jest to nic wielkiego.

Kiedyś tatuaże kojarzyły się ze środowiskiem więziennym, przestępczym…

Karol: Nawet mi! Na studiach, kiedy dziewczyna powiedziała mi, że chce mieć tatuaż, powiedziałem: ale jesteś głupia! (śmiech)

Ironia losu!

Karol: Kiedy jej koledzy zaprosili mnie do studia, to myślałem, że będą kraty w oknach, a spoceni harleyowcy będą jarać i pić wódę. Później zobaczyłem jak Tofi (Tomasz Torfiński, właściciel studia INK-OGNITO TATTOO – red.) robi portrety i realistyczne rzeczy. Na podstawie jego prac stwierdziłem, że robię podobne rzeczy tylko w innych okolicznościach. Gdybym trafił do randomowego studia i zobaczył inne formy tatuażów, to pewnie bym dziś nie tatuował, tylko wykładał na uczelni. Tofi też jest po szkole plastycznej, więc łatwo nam się było dogadać.

Karol i Tofi
Foto: INSTAGRAM/karolrybakowski

Z tatuażami jest podobnie jak ze sztuką uliczną, czyli graffiti: kiedyś utrapienie zarządców miast, bazgroły i najgorsze zło, obecnie sztuka propagowana na licznych festiwalach art streetowych. Tatuaż przeszedł podobną drogę, choć zmieniły się zapewne narzędzia, techniki, a sami wykonawcy, to już nie są przypadkowi ludzie.

Karol: Pozmieniało się, masz rację. Jeśli ktoś jest wykształcony plastycznie, może nauczyć się tatuować w dwa miesiące. Oczywiście podstaw. Ważne jest też nadążanie za nowinkami technicznymi.

Sprzęt do tatuowania, to pewnie temat na długą dyskusję?

Karol: To jak z samochodami: jest Porsche, Ferrari albo Tico.

Marcin: Możesz jeździć z manualną skrzynią biegów lub automatem.

Karol: Jest miliard różnych możliwości, trzeba próbować i dobrać sprzęt pod siebie.

Skąd zamawiasz sprzęt?

Karol: Wszystko mam z zagranicy. Zamawiam z całego świata. Od jakiegoś czasu mam też sponsorów.

Jesteś twarzą branżowych produktów?

Karol: Podpisuję się pod niektórymi. Współpracuję z firmą z Włoch, ze Stanów Zjednoczonych, z Australii. Zanim wprowadzą na rynek swój produkt, najpierw wysyłają do mnie. Ja im to testuję i wystawiam opinię. W zamian dostaję sprzęt do pracy.

W jakiej lidze „grają” polscy tatuażyści?

Karol: Najwyższej. Pierwsze dwa miejsca na świecie to Polska i Rosja. Skąd się to bierze? U nas był duży nacisk w szkołach na rysunek. Każdy potrafił rysować realistycznie. W USA od tego odeszli, tam stawiali na wolność w kreowaniu.

Wiem, że masz klientów z całego świata.

Karol: Tak, z różnych miejsc: Niemcy, Australia, USA, Azja. Ostatnio często latam do Hongkongu.

Tak sobie myślę, że to duża nobilitacja, że ktoś przemierza pół świata, żeby dostać się do ciebie, byś napiętnował go swoim artystycznym zmysłem. Boże, jak ja pięknie mówię! Udziela mi się artystyczny klimat (śmiech).

Marcin: Wena!

Karol: Wiesz co, tatuaż robi się na całe życie, więc ja też nie miałbym problemu polecieć na koniec świata. Pamiętaj też, że w Polsce tatuaże nie są drogie w skali świata.

Jakie to są koszta?

Karol: Trudno dokładnie oszacować, bo każde studio ma inne cenniki, ale średnio to między 1000-2500 złotych za cały dzień. Za granicą jest to samo tylko w euro. Jeśli obcokrajowiec ma zapłacić taką kwotę u siebie i nie być do końca zadowolonym, to woli przylecieć do Polski.

Praca za granicą na pewno wykreowała szereg ciekawych historii.

[Karol mocno się uśmiechnął]

Widzę, że od tego pytania powinienem zacząć!

Karol: (śmiech) Bardzo dużo historii, ale to co ważne – ja przed pracą w studiu miałem bardzo słaby kontakt z ludźmi. Siedziałem w domu, malowałem i grałem w szachy. Nie wiedziałem jaki jest dzień, miesiąc. Nagle było mocne zderzenie z rzeczywistością, bo musiałem zacząć rozmawiać z klientami i pojawił się problem. Z czasem się przyzwyczaiłem. Teraz prawie w każdym państwie mam znajomego.

Foto: INSTAGRAM/karolrybakowski

A przygody wyjazdowe?

Karol: (śmiech) Zdarzało się nie wrócić do domu po imprezie. To znaczy bawiliśmy się na Tajwanie i spóźniliśmy się na lot do Polski. Najgorzej było zadzwonić do domu i przekazać, że nie wrócę w pierwotnym terminie, ale za tydzień.

Praca dała ci możliwości zwiedzania świata.

Karol: Kiedy jestem na dziesiątym piętrze wieżowca w Hongkongu i patrzę na miasto, to dochodzi do mnie, że kiedyś nawet bym nie pomyślał, że znajdę się w takim miejscu.

Marcin: Albo, że będziesz wracał z imprezy nad ranem siedem kilometrów, w jakimś mieście na prowincji Francji.

Karol: Idziesz zwymiotować pod prysznic i na sesję (śmiech)! A tak serio: podróżowanie to przyjemna rzecz. Ja bardzo lubię Azję, to jest trochę inny świat. Nowy Jork jest fajny, ale to taka duża Europa: większe budynki, ulice, więcej się dzieje, ale ludzie są podobni. W Azji jest zupełnie inna kultura, jedzenie, zasady.

Często za podróże płaci klient, bądź firma, która organizuje konwent. Ale zdarza się, że latamy po świecie i sami pokrywamy wszelkie koszta. Zwraca się to w tym, że poznajemy nowych ludzi. Byłem kiedyś w Mediolanie na kolacji ze sponsorem farb. Poznałem tam producenta maszynek. Rano przetestowałem jego sprzęt. Następnego dnia wysłali mi kontrakt. Dużo jest przypadku i szczęścia.

Ale szczęściu trzeba dopomóc.

Karol: Tak jak wcześniej siedziałem w domu i uczyłem się techniki. Przez pięć lat nie wychodziłem z pokoju, ale teraz to procentuje.

Jakie znane postacie, prócz Bradleya, uwieczniałeś?

Karol: Zespoły muzyczne typu Metallica, aktorów jak Brad Pit. Moja klientka z Australii ma wytatuowanych aktorów z „Wywiadu z wampirem”. Robię też poetów, pisarzy, malarzy.

A odwieczny dylemat: tatuowanie to ból czy rozkoszne kłucie?

Karol: Tyle igieł w ciele, to musi być ból.

Tomek: Ja mam takiego klienta, że nawet dziesięć godzin tatuowania, to dla niego żaden wyczyn. A zdarzają się tacy klienci, którzy po pięciu minutach mają dość.

Karol: Zdarzyło mi się nie dokończyć tatuażu, bo klient rezygnował. Za bardzo go bolało. Raz nie skończyłem pracy z mojej winy. Obraz mi się zamazywał, wszystko pulsowało, nie potrafiłem się skupić. Jakby koń mnie kopnął w głowę. Okazało się, po badaniach, że miałem atak migreny.

Jakie masz teraz ambicje zawodowe, bo czy można tatuować jeszcze lepiej?

Karol: Nie wiem, zobaczymy (śmiech)! Pięć lat temu ludzie też pewnie mówili: lepiej się nie da! A jednak się da. Zmieni się sprzęt, technologia.

Sprzęt do profesjonalnego użytku, to duża inwestycja?

Karol: Trudno oszacować, ale uśredniając: 300 złotych okablowanie i przyłącza, 1000 złotych zasilacz, 1500 złotych maszynka.

Marcin: Trochę mało… Ale na przykład za 10.000 złotych, to już masz sprzęt naprawdę dobrej klasy.

Karol: Możesz kupić aparat za 30.000 złotych i nie potrafić go obsłużyć.

Foto: INSTAGRAM/karolrybakowski

Jacy są najgorsi klienci?

Karol: Tacy, którzy myślą, że wszystko wiedzą lepiej. Jak w każdej branży. Mają duże wymagania, brak pojęcia, i na siłę chcą pokazać, że posiadają dużą wiedzę.

Masz takie „zboczenie zawodowe”: że oceniasz tatuaże ludzi na ulicy?

Karol: Tak. Z tą różnicą, że jak kiedyś widziałem kogoś z tatuażami, to się go bałem! Teraz, jak widzę, że ktoś ma fajny tatuaż, to podejdę i zgadam.

A żonę tatuowałeś ty, czy ktoś inny?

Karol: Koledzy.

Dlaczego?

Karol: Bo rodzina, to trudni klienci. Chciałbyś swoją żonę uczyć jeździć samochodem?

Niechętnie (śmiech)…

Karol: No właśnie!

Jaki zaproponowałbyś mi tatuaż. Przychodzę, przedstawiam się i co dalej?

Karol: Rozmawiam z tobą, poznaję cię. To nie jest henna, to jest na całe życie. Ja się kontaktuję z klientem, który ma u mnie zarezerwowany termin. Pytam go o jego pomysły, ja proponuję swoje. To musi być dobrane do człowieka. Jeśli ktoś lubi jeździć na ryby, to nie będę mu robił aparatu (śmiech)! Bez sensu jest robić cokolwiek.

Tatuaż to…?

Praca.

Rada dla początkującego…?

Ogarnąć podstawy rysunkowo – malarskie.

Nigdy nie wytatuuję…?

Nie ma czegoś takiego. Nie ma słabego pomysłu, jest słaba realizacja.

Mój najlepszy tatuaż…?

Nie wybiorę jednego. Ciężko, nawet TOP 3.

Najgorszy…?

Taki, który nawet klient nie rozgraniczy czy jest to zły tatuaż, czy dobry. Raz poszedłem na rękę klientowi i robiłem modyfikacje na jego prośby. Miałem potem moralniaka, że się zgodziłem.

Irytują mnie tatuaże…?

Nie irytują mnie. Bardziej irytują mnie ludzie, którzy je wymyślają.

Zawodowe marzenia.

Chyba już się wszystkie spełniły.

Za 10 lat…?

Trochę zwolnię tempo. Zostawię sobie dzień, dwa więcej wolnego, na rozwój w innych dziedzinach.

Najdziwniejszy tatuaż jaki widziałem…?

Pralka. Na klacie. Ładowana od góry (śmiech)!

3 komentarze

  • B/O TATTOO

    Jakość tatuażu, wykonanie, kolory przepiękne. Polscy artyści są najlepsi

    • Paweł

      Na żywo wyglądają jeszcze lepiej. Pozdrawiam

  • Krzysiek

    Fajny, skromny facet z wielkim talentem. Oby kiedys został doceniony tak, jak na to zasługuje!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

(C) Copyright 2017 - wszelkie prawa zastrzeżone

Create by DigiX