Kilka lat temu Natalia pracowała dla Ruchu Chorzów, była specjalistką ds. marketingu. W klubie poznała swojego przyszłego męża – Krzysztofa Kamińskiego, bramkarza „Niebieskich”. Kiedy Krzysiek dostał propozycję gry w japońskim Jubilo Iwata, wspólnie postanowili, że podejmą wyzwanie. Wyruszyli w nieznane, tysiące kilometrów od domu, bliskich i przyjaciół. Dziś Krzysztof jest w czołówce najlepszych bramkarzy J – League. Natalia zaś podróżuje po Kraju Kwitnącej Wiśni, a swoje przeżycia opisuje na blogu „Miss Gaijin”.

Trzy lata temu twoje życie wywróciło się do góry nogami.

Nagle okazało się, że w ciągu tygodnia mam się przeprowadzić do Japonii! Na drugi koniec świata! To był szok! Wszystko działo się błyskawicznie.

Wtedy jeszcze nie wiedziałaś, że zostaniesz blogerką i będziesz opisywać życie w Kraju Kwitnącej Wiśni.

Kiedy się przeprowadziliśmy, znajomi rzucili pomysł, żebym zaczęła prowadzić bloga. Konkretnie namawiał mnie nasz wspólny znajomy Bartłomiej Babiarz (były piłkarz Ruchu Chorzów; obecnie Zagłębie Sosnowiec – red.), ze swoją żoną Oliwką. Na początku traktowałam to w formie żartu. Później, kiedy już zaczęłam blogować, nie byłam tego wszystkiego pewna. Zastanawiałam się, kto będzie chciał czytać moje teksty o Japonii. Okazało się, że całkiem sporo ludzi.

Dziś o swoich przygodach opowiadasz m.in. w: TVN, Canal +, była też prasa, rozgłośnie radiowe, portale internetowe. Zrobiła się z ciebie medialna bestia!

Bez przesady! (śmiech) Z miesiąca na miesiąc wszystko ruszyło do przodu. Blog stawał się coraz bardziej popularny. Otrzymywałam też pozytywne głosy, że fajne treści, że ciekawie piszę. I tak zaczęło to funkcjonować.

Miałaś obawy, czy blog to dobry pomysł, a posiadasz przecież doświadczenie m.in. z zakresu marketingu.

Tak, ale w Ruchu Chorzów zajmowałam się głównie przygotowywaniem ofert marketingowych, szukaniem sponsorów, organizacją klubowych eventów. Stroną medialną się nie zajmowałam. Prowadzenie bloga, aktywne działanie, udzielanie się w social mediach – to była jednak dla mnie nowość.

Nie myślałaś, żeby wykorzystać swoje kompetencje zawodowe i podjąć pracę w Jubilo?

Chciałam pracować w klubie, ale barierą jest język. Nie zatrudniają osób, które nie posługują się nim biegle.

W naszym regionie żyje dużo Brazylijczyków. Mówią po japońsku bezbłędnie, ale nie znają tej „grzecznej” odmiany języka. Dlatego pracują tylko w fabrykach.

Twój blog nazywa się „Miss Gaijin”. Słowo „gaijin” oznacza obcą osobę, kogoś z zewnątrz.

Kiedyś ten wyraz był negatywnie nacechowany. Dla Japończyków obcokrajowcy, to byli intruzi. Tak było dawniej, choć oni nadal są trochę hermetyczni. Obecnie „gaijin” to po prostu obcokrajowiec.

Blog Natalii – kliknij w obrazek

Oboje z Krzyśkiem ruszyliście w nieznane. Nie blokowałaś tego transferu? Przecież dobrze zapowiadający się bramkarz, wybrał ofertę z kraju, gdzie sportem narodowym jest sumo, a na drugim miejscu… baseball.

Piłka nożna też jest tam bardzo popularna. Nawet początkowo nie do końca byliśmy tego świadomi.

Ale byliście świadomi, że Krzysztof będzie kontynuował karierę w drugoligowym Jubilo Iwata. Z ekstraklasy przeniósł się klasę niżej.

Ale finansowo piętro, jak nie dwa wyżej. Poza tym, tam na drugą ligę chodzi po 15-20 tysięcy ludzi.

Nie myśleliście o innym klubie, bliżej domu? Nawet w dobie internetu, taki kierunek oznacza rozłąkę z najbliższymi.

Były propozycje i zapytania z Ekstraklasy czy z Europy , ale Krzysiek chciał się sprawdzić w Japonii. To była konkretna propozycja, mieli pomysł na Krzyśka, wiązali z nim duże nadzieje. Co ważne: Jubilo zawsze grało w tamtejszej ekstraklasie, swojego czasu zdobyli nawet azjatycką Ligę Mistrzów. Drugoligowa rzeczywistość, to był tak naprawdę wypadek przy pracy. Zbroili się na powrót do ekstraklasy i m.in. Krzysiek miał w tym pomóc. Udało się. Awansowali.

Kiedy Jubilo złożyło propozycję transferu, kto kogo namawiał do wyjazdu?

Krzysiek mnie. Zdecydowanie!

Hmmm… obstawiałbym odwrotnie. Zdecydowanie! (śmiech)

Dla mnie to była tragedia na początku. Nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Przez kilka dni był płacz i lament… Nagle musiałam zostawić bliskich, znajomych, pracę… Krzysiek stwierdził, że wyjeżdża. Zaprosił mnie w tą podróż razem z nim.

Wtedy jeszcze nie byliście małżeństwem.

Nie. Małżeństwem jesteśmy od 2 tygodni.

Wyjazd scementował was jako parę?

Na pewno. Choć początek był ciężki. Nawet się rozstaliśmy na kilka miesięcy… Te zawirowania i zmiany mocno się na nas odbiły. Wróciliśmy jednak do siebie.

Jak wspominasz pierwszy kontakt z nowym krajem, kulturą, inną rzeczywistością?

Podstawowym problemem było to, że przyjeżdżamy i nie jesteśmy w stanie niczego przeczytać. Same znaczki.

Krzaczki, drzewka.

W każdym innym kraju, w którym byłam, odnajdywałam się bez problemu. Nawet jak musiałam skorzystać z translatora. W Japonii nie byłam w stanie nawet nic wpisać do tłumacza. Po prostu nie wiesz jak to zrobić! Wszystkie informacje, które znajdują się wokół ciebie, są nieczytelne, nieprzydatne. W sklepie zamiast mleka kupowałam maślankę, zamiast oleju – ocet. Zupełna dezorientacja.

Jak się porozumiewałaś z miejscowymi?

Przed wyjazdem wszyscy mnie uspokajali, że z językiem angielskim tam nie zginę. Na miejscu okazało się, że tylko klubowy tłumacz był w stanie się z nami dogadać…

Pakowałaś zatem walizki?

Nie! (śmiech) Kontrakt był podpisany, trzeba było się odnaleźć.

Status kobiety w Japonii nie jest wysoki.

Zdecydowanie.

A tu przyjeżdża kobieta odważna, przebojowa, pełna energii.

I postanowiłam tego nie zmieniać. Nie czułam się w jakikolwiek sposób gorsza od tamtejszych mężczyzn.

A co z szacunkiem do pewnych schematów kulturowych?

Japończycy inaczej patrzą na obcokrajowców. Bardziej przychylnie. Rozumieją, że jesteśmy inaczej wychowani.

Kiedy wychodzimy do restauracji z japońskimi przyjaciółmi, dostrzegam, że obserwują nasze zachowanie. Tamtejsze kobiety nie powiedzą tego nigdy wprost, ale podoba im się europejskie podejście do związku.

Też chciałyby być traktowane na równi z partnerem.

Wyobraź sobie parę z dziesięcioletnim stażem. Kobieta nigdy nie wstanie z łóżka o tej samej porze, co partner. Robi to dwie godziny wcześniej, żeby zająć się dzieckiem, posprzątać, przygotować śniadanie.

Super! (śmiech)

No tak, faceci! (śmiech) Kolejny przykład: zawodnicy niechętnie pokazują się z żonami. Niedawno byliśmy na uroczystej gali w Yokohamie, z okazji zakończenia rozgrywek (Krzysztof był nominowany w kategorii „Najlepszy bramkarz sezonu” – red.). Wszyscy byli w szoku, że mnie wziął ze sobą!

Dla was to było oczywiste.

Siedziałam w zupełnie innym miejscu niż on. Nie podobała nam się ta sytuacja. Powiedzieliśmy o tym organizatorom. Nie dało się tego jednak przeskoczyć.

Chodzicie razem za rękę po mieście, czy nadal jest to uważane za niestosowne zachowanie?

Nie, jest normalnie. Ale np. relacje w japońskich związkach, to już wyższa szkoła jazdy.

W tamtejszej telewizji popularny jest program „Terrace House”, coś w stylu naszego „Warsaw Shore”. W polskim reality show od razu każdy z każdym sypia. W japońskiej wersji, zanim para umówi się na randkę, trwa to kilka tygodni. Kolejne spotkanie następuje po podobnym czasie. Pierwszy pocałunek ma miejsce po kilku miesiącach, po tym jak para oficjalnie poinformuje wszystkich o swoim związku. Następnie noszą takie same ciuchy, bransoletki, robią setki wspólnych zdjęć.

Można z klasą?

Można! (śmiech)

Wydaje mi się, że Krzyśkowi dużo łatwiej było się przystosować do nowego miejsca zamieszkania. Miał zaplanowane treningi, mecze, zgrupowania. Ty musiałaś sama zagospodarować sobie czas.

Tak, zostawałam sama w mieszkaniu. Może z tego wynikały nasze początkowe problemy. Siedziałam w miejscu i się nudziłam. W końcu nabrałam odwagi, zaczęłam spacerować, zwiedzać, poznawać okolice.

Gdzie się wybierałaś?

Do świątyń buddyjskich i shintoistycznych, wtedy oczywiście ich nie rozróżniałam. Pierwszy raz w życiu widziałam takie miejsca. Wcześniej znałam je tylko z filmów czy zdjęć. Z rodzicami zwiedziłam całą Europę, trochę Amerykę Południową i kawałek Afryki. W Azji nigdy nie byliśmy.

Robiłam zdjęcia tych miejsc. Następnie szukałam informacji w internecie, gdzie właściwie byłam. Przekształcałam to później w artykuły na swojego bloga.

Dużo podróżujesz i to niekoniecznie w miejsca komercyjne.

Zwłaszcza kiedy Krzysiek wyjeżdża z klubem na mecze. Sprawdzam w sieci, jakie ciekawe miejsca są nieopodal mnie. Bardziej wzrokowo, po zdjęciach. Kiedy coś mi się spodoba, wsiadam w auto lub pociąg i jadę.

Sama, bez obaw?

Tak, Japonia to jeden z najbardziej bezpiecznych krajów na świecie. Mogę sobie iść na zakupy o północy i wiem, że nic mi się nie stanie.

Które miejsca zachwyciły cię najbardziej?

Most podwieszany Yume no Tsuribashi, 120 kilometrów od Iwaty. Jedno z najpiękniejszych miejsc jakie w życiu widziałam, nie oznaczone w przewodnikach. Mamy niedaleko nad Pacyfik, Alpy Japońskie. Bardzo lubię Yokohamę, niezwykłe miasto.

                                             

Duże japońskie miasta kojarzą mi się z tłumem ludzi, z wysokimi cenami.

Tak, na przykład Tokio jest w czołówce najdroższych miast świata. Ceny noclegów w tamtejszych hotelach to jakiś kosmos.

Kiedyś polecieliśmy do stolicy Korei Południowej. Wcześniej czytałam o Seulu, że to bardzo zatłoczone miejsce. Okazało się, że w porównaniu z Tokio, koreańskie ulice były puste. (śmiech)

Twój blog stał się popularny nie tylko w Polsce, ale i w Japonii. To zastanawiające, bo piszesz tylko w ojczystym języku.

Japończycy głównie oglądają zdjęcia. Interesują się tym gdzie byłam, co widziałam. Pewnie część odwiedzających bloga, tłumaczy sobie teksty w translatorze. Według statystyk, moją witrynę śledzi tyle samo osób z Polski, co z Japonii. I podobną ilość czasu obie narodowości poświęcają na przeglądanie zamieszczonych treści.

Może warto stworzyć angielską wersję bloga?

Myślę nad tym, może uda się w tym roku.

A propos obrazków: komiksy przeglądasz?

Nie, ale czytają je wszyscy: dzieci, dorośli, osoby starsze.

Trafiłem na informację, że więcej papieru zużywa się do tworzenia komiksów, niż do produkcji papieru toaletowego.

(Śmiech) Nigdy o tym nie słyszałam, ale jest to bardzo prawdopodobne. Komiksy czyta każdy i wszędzie.

Każdy też pewnie mnóstwo czasu spędza z telefonem w dłoni. Kolejna ciekawostka, jaką znalazłem: 90 procent komórek w Japonii jest wodoodpornych, by można ich było używać także pod prysznicem!

Z telefonami w ogóle był duży problem. Kiedy zaczęły pojawiać się modele z aparatami, nastąpiło wariactwo. W zatłoczonym metrze, mężczyźni wyłączali dźwięk migawki, wsadzali telefon kobietom pod spódnicę i robili zdjęcia. To było bardzo częste zjawisko. Naruszano prywatność notorycznie. Obecnie, telefony produkowane w Japonii, nie mają opcji wyłączenia dźwięku migawki.

Jak idzie nauka języka?

Uczę się, ale bardziej sama. Uzupełniamy się z Krzyśkiem, ponieważ on na co dzień ma kontakt z miejscowymi. Już bardzo dużo rozumie, również kontekst danej wypowiedzi. Ja studiuję bardziej gramatykę, uczę się czytać. Znam już jeden alfabet – hirganę. Służy do zapisywania japońskich słów.

Zostały jeszcze dwa.

Tak – katakana, która służy do zapisu słów zapożyczonych z języków obcych, oraz kanji – alfabet chiński, który najczęściej używają do zapisu słów. Ma ponad 3,5 tysiąca znaków… Nie do opanowania. Oni uczą się go przez całe życie.

Reasumując: jak gdzieś wychodzimy, to Krzysiek rozmawia, a ja czytam. (śmiech)

Ile czasu zajęłoby ci zapisanie swojego dwuczłonowego nazwiska?

Ogólnie byłoby ciężko! (śmiech)

Próbuj.

Hmm… Trudniej pisać niż czytać. Trzeba mieć wprawę.

[Natalia pisze ręką w powietrzu]

Jakieś 2 minutki. No, półtorej.

Grunt, że nie spanikowałaś!

O widzisz! – Japończycy panicznie boją się błędów i pomyłek. Nawet jeśli rozumieją, co do nich mówisz po angielsku, wolą udać, że tak nie jest. Byle tylko nie odpowiedzieć niepoprawnie.

Dorównujesz już popularnością Krzyśkowi w Japonii? W Polsce już chyba jesteś liderem.

W Japonii Krzysiek jest niesamowicie popularny. Jego nazwisko, to duża i uznana marka. Ja powoli, powoli też zaczynam się liczyć. (śmiech) Bardzo mnie to cieszy, bo ludzie doceniają, to co robię. Poświęcam przecież na to mnóstwo czasu.

Nie jest tajemnicą, że Japończycy to ludzie zamknięci w sobie, trudno odczytać ich emocje, rozszyfrować co myślą.

Jak najbardziej. Oni najpierw muszą kogoś poznać, choć jeśli cię nie polubią, to dalej będą zamknięci i zaczną się od ciebie odsuwać.

Różnią się od nas Polaków – malkontentów? Przeszkadza im ciepło w lecie i chłód zimą?

Nie! (śmiech) Oni przyjmują wszystko tak, jak jest. Wychodzą z założenia, że i tak nie są w stanie niczego zmienić. Przykładowo: nastąpiło trzęsienie ziemi. Ok, wydarzyła się tragedia, trzeba odpowiednio zareagować, ale potem musimy żyć dalej.

Doświadczyłaś trzęsienia ziemi?

Tak, ale jest to porównywalne ze wstrząsami z kopalni. Chociaż zdarzają się trzęsienia, trwające nawet dziesięć minut.

Nie robią jednak na was wrażenia.

Nie, budzimy się, ale zaraz kładziemy na drugi bok. (śmiech)

Czego brakuje ci na obczyźnie?

Serów! Są na miejscu, ale pakowane po 100 gramów i są bardzo drogie. Poza tym nie ma tam za bardzo nabiału, bo nie są nauczeni go spożywać. Jedzą ryby, owoce morza, mięso, ryż, warzywa. Brakuje mi też polskich bułek, kromki dobrego chleba.

Co zatem pakujesz do torby podróżnej, kiedy wracasz z Polski?

Kosmetyki. Nie potrafię tam znaleźć tych, które używam. Musiałabym porozmawiać z kimś w sklepie, ale szanse na porozumienie nie są jednak wysokie. Rodzice Krzyśka przysyłają nam z Polski „Michałki”.

Bliscy was odwiedzają?

Tak. Byli u nas rodzice, moja siostra, rodzeństwo Krzyśka. Bartek Babiarz z Oliwką. Zwiedziliśmy wszystko od Osaki po Tokio w 10 dni! Japonia w pigułce. To są takie dwa motorki! (śmiech)

Pomagasz też innym organizować wyjazdy do Japonii.

Dużo ludzi się mnie radzi, gdzie nocować, co zwiedzić, jak się poruszać. Dostałam nawet propozycję z polskiego biura podróży, by zajmować się zwiedzającymi na miejscu. Nie chciałam się jednak deklarować, bo życie u boku piłkarza jest niestabilne, ciągle się przemieszczamy. Teraz, kiedy wiem, że zostajemy w Japonii na kolejny sezon, przemyślę ofertę raz jeszcze.

Podróż do Kraju Kwitnącej Wiśni jest na każdą kieszeń?

Myślę, że tak. Trzeba tylko wszystko odpowiednio przemyśleć i zorganizować.

Ty w jaki sposób przemieszczasz się do Iwaty?

Z Warszawy do Helsinek, tam mam przesiadkę do Nagoi. Najkrótsza trasa. Są oczywiście bezpośrednie loty z Warszawy do Tokio, ale są sporo droższe. Kosztują co najmniej 2,5 tysiąca złotych w obie strony. Najtańszy przelot znalazłam za 1980 złotych. Trzeba tylko pamiętać, że najdroższe są noclegi. Trzygwiazdkowy pokój w Tokio kosztuje tyle, co pokój w pięciogwiazdkowym hotelu w Warszawie.

Czyli studenci powinni się mocno zastanowić nad taką opcją eskapady.

Chyba, że chcą jeść tylko ryż i niewiele zobaczyć. (śmiech)

Kuchnia japońska ci odpowiada?

Pyszna! Uwielbiam, chociaż nie jem wszystkiego. Nie tknę ich przysmaku, który się nazywa nattō . Jest to sfermentowana soja. Bardzo za to lubię owoce morza, ryby.

Smakowaliście ich narodowy rarytas – trująca rybę Fugu?

Jadłam, jakieś trzy razy. Smaczna rybka. (śmiech)

Odważnie.

Adrenalina była, ale trzeba pamiętać, że kucharz, który taką rybę przyrządza, musi posiadać specjalny certyfikat. Przechodzi szkolenie, które trwa wiele lat. To zawodowiec.

Japonia to pomysł na przyszłość, czy bardziej przygoda?

Raczej przygoda. Nie zakładamy, że się tam osiedlimy na stałe. Krzysiek ma aspiracje sportowe, ja tęsknię za bliskimi. Na stałe chcemy mieszkać w Polsce. A póki Krzysiek gra w piłkę, chcemy przeżywać kolejne przygody, poznawać nowe miejsca. Będę miała o czym pisać. Musiałabym się tylko zastanowić nad zmianą nazwy bloga! (śmiech)


 

Wiśnia czy jabłko?

Wiśnia.

Ułożony Japończyk czy temperamenty Europejczyk.

Europejczyk.

J-League czy Ekstraklasa?

J-League. Jest szybsza i bardziej techniczna.

Sake czy polska wódka?

Sake, wódki nie lubię… Ich alkohol jest lżejszy.

Toaleta staroścwiecka czy z zapleczem technologicznym?

Z gadżetami! (śmiech)

Najdziwniejsza potrawa jaką jadłaś?

Ikizukuri. Rybka, która jeszcze żyje na talerzu…

Czym częstujesz japońskich gości?

Żurkiem. Smakowało wszystkim. Lubią zupy. Robiłam też sernik.

Siorbiesz przy posiłku?

Nie toleruję tego! Ciarki mnie przechodzą… Oni tego nie robią, żeby pokazać, że im smakuje. Schładzają sobie w ten sposób płynne substancje.

Pałeczki czy sztućce?

W wielu przypadkach pałeczki. Opanowaliśmy temat. Jest wygodniej. Oczywiście nie nadają się np. do steków.

Czym zszokowałaś Japończyków?

Tym, że sama podróżuję. Dla nich to nie do pomyślenia, że kobieta sama zwiedza obcy kraj.

 

Polecam bloga Natalii —> http://miss-gaijin.pl/


  • zdjęcia z prywatnego archiwum Natalii Grębowicz – Kamińskiej

2 komentarze

  • Dominika

    Rewelacyjny wywiad 🙂 ! Pozdrawiam

    • Paweł

      Dziękuję i pozdrawiam również 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

(C) Copyright 2017 - wszelkie prawa zastrzeżone

Create by DigiX